Przyjaźń pasjami pisana

Lubimy tworzyć. Ze słów, nut, tkanin, włóczek, mulin - nasze osobiste kąciki i wspólną przyjaźń.

Wpisy

  • poniedziałek, 15 sierpnia 2011
    • Prezenty imieninowe wprost z Japonii ;)

      Po mailu z informacją, że moja spódnica w koty jednak do mnie nie dojdzie, gdyż ci, którzy ją szyli po dwóch miesiącach od wpłaty stwierdzili, że wycofują ją ze sprzedaży (i nie jest ważne, że ja zamawiałam ją, gdy jeszcze w ofercie była) postanowiłam kupić sobie coś na pocieszenie. Dodatkowo sierpień to także miesiąc moich imienin, więc jakby co, mam dobre wytłumaczenie... ;)

      Ze spódnicą się nie udało, ale za to dorwałam ostatni w ofercie sklepu, z którego zawsze zamawiam, pokrowiec na aparat fotograficzny. :D

      RK1

      Nosiłam się długo z zamiarem sprezentowania go sobie, gdyż ma wszystko, co określa tak zwany przez Żuczka "styl gillankowy" - kwiatki, delikatne kolory i ogólnie - romantyczny charakter. Ma nawet Rilakkumę, "zrelaksowanego misia"! ;)

      Uwielbiam te japońskie rysunki, pełne tego wszystkiego, co Japończycy określają jednym słowem: "kawaii", a co na nasze przetłumaczyć można jako "słodkie", "urocze".

      RK3

      RK4

      RK2

      Oprócz tego kupiłam sobie naklejki z kotkami. Pisałam już kiedyś o "Kotku w skarpetkach" - tu w towarzystwie kumpli. ;)

      KN1

      Mnóstwo ślicznych kotków, których buźki wyrażają różne uczucia. ;P

      KN2

      KN3

      Nie mogłam się też oprzeć temu:

      HK1

      Nawet nie dlatego, że z Hello Kitty...

      HK2

      Jestem po prostu uzależniona od posiadania artykułów papierniczych! Namiętnie zbieram zeszyty, nalepki, notesy... A tu mam wszystko w jednym - małe samoprzylepne karteczki do szybkich notatek plus naklejki.

      HK3

      HK4

      I w dodatku wszystko "kawaii". :D

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Prezenty imieninowe wprost z Japonii ;)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      gillanek
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 sierpnia 2011 16:23
  • piątek, 05 sierpnia 2011
    • Smacznie

      To fakt, że ostatnio niewiele robótkowego się u nas pojawia, ale tworzymy, tylko coś końca nie widać, bo za wiele rzeczy zaczęłyśmy i jak w każdej choć trochę się podziała, to i tak końcowy efekt wygląda niezbyt okazale. :) Weekend już za chwilę, to może i coś się ruszy, czytaj dokończymy któryś z projektów. :)

      Ja kilka dni temu wyszyłam dwa obrazki na kanwach dziewczyn z babeczkowego RR. Pierwsze zdjęcie nieciekawe, bo robione komórką chwilę przed wrzuceniem do koperty, oczywiście wcześniej zapomniałam. Muszę jednak przyznać, że kiepsko mi się ten talerzyk haftowało. Chyba mi wtedy weny zabrakło.

      babeczki4

      Następne zdjęcia są lepsze i babeczkę też lepiej mi się haftowało. :) Doszłam do wniosku, że ja po prostu nie lubię tego koloru, którego we wzorkach SODY jest czasem zatrzęsienie - właśnie tego, którego jest tak dużo w talerzyku - DMC 3865. Zapamiętam go chyba do końca życia, zwłaszcza że od wczoraj wyszywam tą nitką tasiemkę w naszym kuchennym gillankowo-morsiowym RR. :P A babeczka mi się baaaardzo podoba:

      babeczki5

      babeczki6

      No i mam wieści z ciągnącego się RR Cookie Time - dostałyśmy następną kanwę! Aż byłam w szoku, jak ją zobaczyłam. :P Kanwa należy do Agnieszki, wyszyjemy obrazek do końca sierpnia i poślemy dalej. :)

      Ma być wedle tytułu smacznie, więc będzie smacznie, ale trochę inaczej. :P Pyszne mogą być babeczki, ale pyszne mogą być i książki (Gillanek, ja wiem, z czym Ci się to kojarzy ;P). Taką właśnie małą ucztę czytelniczą całkiem przypadkiem sobie zgotowałam i świetnie się przy tym bawiłam, bo książki są pełne inteligentnego, ironicznego, satyrycznego humoru - a taki bardzo lubię. Obie nawiązują do epoki PRL-u, ale każda traktuje o czymś innym. :)

      ksiazki

      (zdjęcia pochodzą z Internetu, ze stron merlin.pl i wydawnictwoa5.pl)

      Pierwsza to zbiór felietonów i skeczy Stefanii Grodzieńskiej - kto ją zna, tego nie trzeba zachęcać do lektury. :) Ja poznałam autorkę dzięki "Wspomnieniom chałturzystki", które połknęłam szybciutko, podśmiewając się co chwila. Grodzieńska obdarzona jest świetnym zmysłem obserwacji i ciętym, konkretnym językiem, co pozwala jej przenieść absurdy świata PRL-u do krótkich, ale zawsze niesamowicie trafnych tekstów. Znam czasy PRL-u z opowieści rodziców i starszych znajomych, więc wiem, że autorka (choć czasem sobie coś "podkoloruje") opisuje dobrze im znane zachowania, sytuacje, problemy. A niektóre zachowania - ja mam takie wrażenie - są znane i dziś, ot chociażby rozmowy damsko-męskie. Jak odzyskam swój egzemplarz książki (krąży, bo warto, żeby krążył :)), to na pewno fragment tu zamieszczę. :)

      Druga książka to już "poważniejszy" kaliber. ;) Było kiedyś pismo "Student" i mieli tam swoją rubrykę panowie Feliks Trzymałko i Szczęsny Dzierżankiewicz. Panowie stwierdzili, że warto poświęcić swój talent na recenzowanie egzemplarzy jakże popularnej i lubianej przez społeczeństwo grupy powieści tzw. milicyjnych, choć nie tylko takich. Wzięli się do pracy naprawdę porządnie, czytając, przytaczając cytaty, śledząc losy bohaterów z iście detektywistycznym zacięciem. Choć często sam autor im to uniemożliwiał, właściwie podając tak charakterystyczny opis postaci, iż nie było wątpliwości, że zbrodniarz to ten inteligencik z długimi włosami, a niewinnym jest krótko ścięty i pełen krzepy (na przykład) spawacz. Ale od czego są krytycy literaccy, przecież na analizę czeka jeszcze język, a w nim ile niespotykanych wyrażeń, nieznanych konstrukcji gramatycznych, jakie pole do popisu dla literackich Holmesów! Nie wspominając już o analizie klimatu powieści (bo i erotyzm jest, a jakże), no i przecież trzeba się zastanowić, czy też autor nie zawarł jakiegoś drugiego dna w utworze, bo a nuż krytycy literaccy (nie daj, Boże) posądzą go o płytkość?

      Tak, wielki szacunek dla pana Barańczaka, jego książka jest po prosta genialna. By tak sprawnie, konkretnie i z szalenie inteligentną satyrą "pojechać" po kiepskich wydawnictwach masowych trzeba być geniuszem. Spotkałam się w książce z nazwiskami, które jako mały dzieciak widziałam na półkach bibliotecznych z opisem "Wycofane". Dziwiłam się, jak można wycofywać książki, które są w dobrym stanie. Już wiem. :D Płytkość tych wydawnictw, niezliczona ilość błędów, schematyczność w podziale bohaterów i czasem wręcz "toporność" języka opisywane przez Barańczaka są czasami aż tak niewiarygodne, że chciałam wziąć taki egzemplarz i przekonać się osobiście, czy to prawda, że w jednej książce można aż tyle popsuć. Stopuje mnie tylko poczucie, że byłby to czas zmarnowany, bo pewnie jak nic przyznałabym rację panom Trzymałce i Dzierżankiewiczowi. :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Smacznie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      morsia
      Czas publikacji:
      piątek, 05 sierpnia 2011 12:58
  • czwartek, 28 lipca 2011
    • Pokoncertowy miszmasz

      Wróciłyśmy. :) Lubię takie nasze wyjazdy na wariackich papierach, chociaż Gillanek jest trochę mniej spontaniczna, ale czasem ulega moim pomysłom. ;) Jechałyśmy 9 godzin autobusem, potem przeszłyśmy kawałek Słupska, żeby znaleźć w niedzielę jakąś jadłodajnię, która by nie była kebabiarnią, co się w końcu udało. :) Dotarłyśmy na słupski Stary Rynek, który jedna mieszkanka określiła (odpowiadając na nasze pytanie, w którą stronę iść, by do niego dojść): "A, to ten plac przed kinem, tak?". Hm. Basiu - zgadzasz się na takie określenie? ;)

      A potem było już tylko lepiej - amfiteatr w Dolinie Charlotty wyposażony jest w ławeczki, więc siedząc i trochę marznąc czekałyśmy na wielką chwilę. :) Ludzi na początku było mało, ale potem zaczęli się schodzić, niektórzy zajadali się kiełbaskami, rozsiewając drażniące nozdrza zapachy. Ja niestety przez jakiś czas nie mogę jeść różnych rzeczy, w tym kiełbasek, więc tylko próbowałam nie wdychać zapachów, a Gillanek solidaryzowała się ze mną, choć pewnie ochotę miała. :D Dzięki, Kochana. :*

      Najpierw oczywiście support - polski zespół Kruk. Nawet ciekawie grali, taki dobry hard rock, którego Gillanek nauczyła mnie słuchać. Cieszyłam się, że po raz kolejny supportem nie było SBB, bo - z całym szacunkiem, jaki dla nich mam - no nie pasują mi przed Deep Purple. W przerwie (jak mnóstwo innych osób) powędrowałam do toitoiów, do których kolejka ciągnęła się na dobre pół kilometra. Ale o dziwo szybko się przesuwała, więc chylę czoła przed organizatorami, że ta kwestia została rozwiązana jak należy w postaci wystarczającej liczby niebieskich budek. :) Wróciłam w samą porę, żeby jeszcze chwilę poemocjonować się, że już za moment...

      I jak tu opisać, co się czuje na takim koncercie? :) Mnóstwo pozytywnej energii przede wszystkim. Wszyscy wstali, choć przez chwilę bałam się, że ławeczki będą nie lada pokusą - no ale jak można siedzieć na koncercie rockowym? ;) Purple zagrali to, co już bardzo dobrze z Laurą znamy z poprzednich koncertów, ale jakoś nam to nie przeszkadza - możemy tego w kółko słuchać od nowa. Ian Gillan - wokalista - był w świetnej formie głosowej, a do niektórych utworów grupa dokoptowała skrzypka - super komponują się skrzypce z taką muzyką. Do solo gitarowego i organowego ja się zawsze muszę przyczepić, bo jeśli lista utworów jest na każdym koncercie taka sama, to chociaż mogą coś zmienić w improwizacjach własnych, prawda? A tu zawsze się zawodzę. No ale nie można mieć wszystkiego, nowością były skrzypki, zawsze to coś. :)

      Próbowałam zrobić jakieś ciekawe zdjęcia, ale nie mam do tego dobrej ręki, więc najlepsze na pamiątkę wrzucę tutaj. To chyba moje ulubione trio w tej grupie (za Laurę się nie wypowiem, ale chyba jej też ;)). Od lewej: Roger Glover - basista, Steve Morse - gitarzysta, Ian Gillan - wokalista.

      koncert

      Pięknie chłopaki grali. Na następny koncert pojedziemy też, a jak. ;)

      Przy okazji koncertu skoczyłyśmy na parę godzin nad morze. Połaziłyśmy sobie brzegiem, Gillanek moczyła stopy, a ja uciekałam od fal, brrr, nie lubię takiej zimnej wody. Miała 17 stopni ciepła, powietrze miało tylko 19 według zapisków panów ratowników. Zimno, to nie jest pogoda dla ciepłolubnego Żuczka, chyba że siedzi w domu z ciepłą kawką. :) A zdjęcie z naszego ukochanego (od poprzednich wakacji :)) Poddąbia:

      morze

      Specjalnie polazłyśmy tak daleko, żeby nie było ludzi i spokojnie sobie pochodzić i pogadać. A potem wróciłyśmy na pyszną rybkę - Gillanek halibuta, a ja sandacza. Nie ma porównania do ryby, którą ostatnio próbowałam przyrządzić w domu - trzy czwarte lodu i jedna czwarta ryby. Gillanek się śmieje, że jak wygra w totka, to sobie kupi domek nad morzem i będzie miała pycha rybki na co dzień. ;)

      A ja jedzeniowo ostatnio muszę bardzo kombinować, bo nie wolno mi jeść między innymi glutenu (czyli pszenicy, żyta, owsa i jęczmienia), ryżu, kukurydzy, mleka i jego przetworów, jajek i kilku innych produktów... Dość to uciążliwe, ale przynajmniej wymyślam różne dziwne przepisy, które modyfikuję na potrzeby moje i Gillanka. :) Ostatnio znalazłam w sieci przepis na makaron z orzechami - jest przepyszny! W naszych wersjach dałyśmy mnóstwo różnych orzechów - laskowe, ziemne niesolone, brazylijskie i nerkowce, sporo natki pietruszki, brokuły i różne makarony. Ja z racji wyrzeczeń miałam makaron gryczany, a Laura zwykły spaghetti. Trochę się wahałam, czy kupić ten makaron gryczany, bo sporo kosztuje w sklepach ze zdrową żywnością, ale od czego ma się przyjaciółkę? Powiedziała tylko, żebym zmieliła kaszę gryczaną na mąkę, a ona mi zrobi makaron sama. Wyszedł przepyszny! Od teraz nie dam jej spokoju i ciągle będzie mi go musiała robić. :P

      Chyba nie będziecie mieć problemów ze zgadnięciem, który makaron był czyj. :)

      makaron Laury

      makaron żuczka

      I sprawa ostatnia, ale nie najmniej ważna. :) Bardzo serdecznie dziękujemy Gosi i Justynce za wyróżnienie! Dziękujemy, że zaglądacie i podoba Wam się to, co tworzymy. Chociaż wpisy nie pojawiają się bardzo często, to jesteście, komentujecie, podglądacie - bardzo, bardzo to dla nas ważne i miłe. :)

      wyroznienie

      Zasady zabawy:
      1. Podziękuj i napisz link blogera, który przyznał Wam tę nagrodę.
      2. Skopiuj i wklej logo na swoim blogu.
      3. Nominuj 16 innych cudownych blogerów (nie można nominować blogera, który przyznał nam tę nagrodę).
      4. Napisz o sobie 7 rzeczy.
      5. Napisz im komentarz, żeby dowiedzieli się o nagrodzie i nominacji. 

      Zaglądając na Wasze blogi widziałam, że wyróżnienie "przetoczyło się" już falą przez wiele z nich i nie chciałabym się powtarzać - wiem, że dla większości z nas największym wyróżnieniem są komentarze, tak więc wszędzie tam, gdzie zostawiamy swój ślad, tam bardzo nam się podoba i chętnie do tych miejsc wracamy. Mam nadzieję, że liczba tych blogów będzie coraz większa, bo już do tej pory poznałyśmy wiele wspaniałych miejsc i tworzących je osób. :)

      A te 7 rzeczy o nas? Najpierw oddam głos Gillankowi:

      1. Uwielbiam Deep Purple - ich muzykę, to niepowtarzalne, purpurowe brzmienie, okraszone wokalem Iana Gillana, jak i samego Iana, dzięki któremu znacie mnie jako Gillanka właśnie. ;)
      2. Kocham fiołki - jak tylko znajdę w sklepie coś z motywem tych kwiatków - nie mogę się oprzeć. Tak samo mam z kosmetykami o ich zapachu. Od paru lat moje perfumy to właśnie skoncentrowany aromat leśnych fiołków.
      3. Ponad życie kocham muzykę - radio u mnie to podstawa, a gdy gdzieś wychodzę, obowiązkowo zabieram ze sobą ipoda. Dzień bez muzyki u mnie nie istnieje.
      4. Gdybym mogła, nosiłabym tylko sukienki. Nie lubię spodni, nie czuję się w nich komfortowo.
      5. Nienawidzę czosnku! ;P
      6. Jestem typowym zodiakalnym Bykiem - smakoszem. Nie jem, żeby tylko napełnić brzuch - jedzenie musi być spektaklem, symfonią smaków i prawdziwą przyjemnością. Nie umiem się oprzeć cukierkom czekoladowym i pralinkom, a także kruchym ciastkom do kubka czarnej, mocnej kawy. ;)
      7. Nie lubię filmów, nie kręci mnie chodzenie do kina, a telewizji prawie nie oglądam.

      Potwierdzam - to jest cała moja przyjaciółka, może poza tym nienawidzeniem filmów, dziś byłyśmy na czwartej części Piratów z Karaibów i się jej podobało, a poza tym ostatnio prawie co 2 tygodnie chodzi ze mną do kina i nie narzeka. :P Noo ale to fakt, że ja ją wyciągam. A telewizora nie mamy obie i dobrze nam z tym. Internet i tak pochłania nam mnóstwo czasu. ;)

      A o mnie, hm, czego Wy jeszcze o mnie nie wiecie... Postaram się krótko i na temat:

      1. Z polskich miast najbardziej kocham Lublin i Poznań.
      2. W nowym mieście lubię jechać jakimś lokalnym środkiem transportu w nieznane uliczki i się w nich zgubić, żeby potem odkrywać jakieś ciekawe miejsca, szukając drogi powrotnej. :)
      3. Nie lubię wody. Chociaż jestem spod znaku Ryb i ciągle ląduję nad morzem, to mogłabym się bez niego obyć.
      4. Codziennie kilka razy muszę sprawdzić prognozę pogody na różnych serwisach, chyba mam to po mamie, która koniecznie musiała obejrzeć pogodę w telewizji po Wiadomościach w TVP1. Ja jako dziecko nowoczesne oglądam prognozę w Internecie i czas mnie nie ogranicza. :P
      5. Lubię mieć w pokoju dywan, nie lubię gołej podłogi, z dywanem jest jakoś przytulniej.
      6. Lubię rozwiązywać krzyżówki. Najlepiej razem z Gillankiem wieczorem przed pójściem spać - ostatnie w danym dniu ćwiczenie umysłu. :)
      7. Kocham jeść lody przez cały rok. :D

      Uff, długaśny ten wpis, a ja planowałam jeszcze coś dołożyć... Ale to może poczekać. Będzie motywacja do następnego razu. :) Dziękuję, ze dotrwałyście, a przede wszystkim za komentarze, które naprawdę cudownie jest czytać. Pozdrawiamy Was bardzo, bardzo cieplutko!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Pokoncertowy miszmasz”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      morsia
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lipca 2011 23:20
  • czwartek, 21 lipca 2011
    • Purpurowe radości

      Wpadłam na chwilę, podzielić się radościami, jakie nawiedziły mnie w ostatnich dniach! :) Chyba zacznę wierzyć w cuda i trzymać się zasady, że zawsze nadzieja umiera ostatnia...

      bilety

      Udało się! Jedziemy na koncert! :D

      Tak bardzo chciałam pojechać na kolejny występ Purpli, tym bardziej, że odbęzie się w Dolinie Charlotty, a będąc tam w zeszłym roku - zakochałam się w tym miejscu.

      Niestety, nie było ani kasy, ani transportu, ani miejsca, gdzie mogłybyśmy się przenocować... Pomyślałam, że trudno, że odpuścimy sobie tym razem, że będzie jeszcze parę okazji do posłuchania Deep Purple na żywo. I niemal natychmiast wszystko się rozwiązało! :) Od wczoraj jesteśmy posiadaczkami biletów, w niedzielę znów sobie zedrzemy gardła i naładujemy pozytywną energią. I przy okazji skoczymy na chwilę nad morze! :)

      Taka jestem szczęśliwa, że aż musiałam spożytkować euforię na coś pożytecznego. Robota paliła się w rękach i ujście owej radości przybrało taką oto postać:

      naszyjnik

      Zdjęcie trochę przekłamane - w rzeczywistości fiołek jest bardziej purpurowy. Taki prawdziwie deep purple... ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Purpurowe radości”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      gillanek
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 lipca 2011 20:11
  • wtorek, 12 lipca 2011
    • Być jak Bodo...

      ...dlatego dziś zacznę od cytatu:

      "Bodo rekompensował sobie abstynencję robótkami ręcznymi. Specjalizował się zwłaszcza w makatkach z koralikami, które na siłę wręczał wszystkim przyjaciołom. Miał również niepohamowaną skłonność do mazurków wielkancnych, które zamawiał w takich ilościach, że wystarczały mu do Bożego Ciała."

      Cytat pochodzi z książki, którą otrzymałam od Żuczka w ramach wymianki u Sabinki.

      Kto by pomyślał, że taki amant, jakim bez wątpienia był Eugeniusz Bodo, po godzinach plótł makatki, prawda? :D Ale dzięki niemu zachciało mi się poeksperymentować i spróbowalam decoupage'u! Oto efekt:

      ramki

      Pierwsza powstała ramka z fiołkami, oczywiście dla mnie. A gdy mama zobaczyła jak mi wyszło, spytała, czy zrobiłabym jeszcze dwie dla jej koleżanek, które mają w lipcu imieniny, więc tak jak Bodo, wciskam swoją 'tfurczość' krewnym i znajomym Królika... ;) Ciekawe co też Panie Koleżanki powiedzą.

      Pozłam za ciosem i wróciłam do przerwanego dawno temu karuzelowego konika:

      konikkk

      Już ma wszystkie nogi! To mam nadzieję, że teraz już pójdzie z górki, bo wstyd, że koń leży i kwiczy już ponad rok i dopiero tyle go jest... No ale nie ma tego złego, bo dzieki powrotowi do haftu powstało jeszcze coś...

      W fazie wstępnej:

      babeczkabk

      I po koniecznej obróbce:

      babeczkak

      Postanowiłyśmy bowiem z Żuczkiem, że oprócz kuchennego RR wyszyjemy sobie same jeszcze drugi wzór do kompletu, żeby każda miała swój, albo żeby oba ładnie wyglądały na ścianie w kuchni, jeśli będziemy jeszcze kiedyś posiadać wspólną kuchnię w jakimś wynajmowanym mieszkaniu... ;P

      Dziękuję, Drogi Eugeniuszu, że namówiłeś moją wenę do powrotu! :D

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Być jak Bodo...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      gillanek
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 lipca 2011 15:02
  • wtorek, 05 lipca 2011
    • Słodko, ale nie tylko :)

      Czemu słodko? Między innymi dlatego:

      babeczka1

      Taaak, zapisałam się na następne RR, ale nie blogowe, tylko forowe tym razem, o tutaj. Już widzę, że babeczki przegonią ciasteczka, ale nie tracę nadziei, że ciasteczkowe RR zakończy się pozytywnie. Może dłużej, ale wierzę, że kiedyś w końcu się uda. :)

      Muszę jednak przyznać, że do tej babeczki zabierałam się całe dwa tygodnie, a i w trakcie wyszywania nie bardzo mi się chciało. Wena odleciała. Ale mus to mus i moja kanwa w takim stanie:

      babeczka i napis

      poleciała w świat. A dziś (hm, właściwie to już wczoraj :P) przyleciała następna. Oby mi się lepiej haftowało następny obrazek. :)

      Tak sobie myślę, że powodem mojego chwilowego odstawienia od haftu jest wzmożona chęć czytania. Zawsze jak haftuję, to żałuję, że nie czytam, a jak czytam - że nie haftuję. Wiem, że można słuchać (audiobooki), ale jakoś mnie to nie przekonuje, bo próbowałam. Wolę przewracać kartki... No i wczoraj właśnie przewróciłam ostatnią kartkę takiej powieści:

      wyspa

      Swego czasu to podobno był bestseller. Ja zawsze takie wydarzenia przegapiam (no chyba że mi o tym trąbią wszędzie przed nosem) i sięgam po taki książki (o ile w ogóle) długo po czasie ich trwania na szczytach list sprzedaży. O tym, że "Wyspa" wspięła się tak wysoko dowiedziałam się z okładki i pewnej recenzji w Internecie, a pewnie gdyby nie Basia, która podarowała mi tę książkę w sabinkowej wymiance, to bym do niej nie dotarła. 

      Tematy poruszane w książce są uniwersalne - miłość, choroba, relacje rodziców i dzieci, przyjaciół, sąsiadów... i tak dalej. Znamy to. Opisy życia mieszkańców małej wioski na greckiej Krecie nie niosłyby pewnie ze sobą większych emocji, gdyby nie pewien szczegół. Wszystko rozgrywa się w cieniu (a czasami blasku) małej wyspy - Spinalongi, którą zamieniono na kolonię trędowatych. Właściwa opowieść, w którą wprowadza nas jedna z mieszkanek Krety, ma stanowić odpowiedź na wątpliwości dręczące współczesną bohaterkę "Wyspy", Alexis - jakie są korzenie jej rodziny, skąd pochodzi, dlaczego matka nie chce opowiedzieć jej o swojej przeszłości...? Przenosimy się więc w lata trzydzieste dwudziestego wieku, żeby prześledzić koleje losu prababki, babki, matki Alexis i ich rodzin.

      Podoba mi się pomysł autorki na tę książkę, przypomnienie o tym, że jeszcze niedawno trąd równał się śmierci, a świadomość ogółu często opierała się na stereotypach i strachu. Jestem jednak pewna, że nawet dziś wśród nas znalazłoby się wiele osób, które podobnie jak mieszkańcy wioski na Krecie - Plaki, nie wiedzieliby, jak się zachować, a strach przed zarażeniem paraliżowałby każdy kontakt z chorym. Sama nie wiem, jak mogłabym zareagować - i jak tu nie przytoczyć tak znanych słów Szymborskiej: "tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono"?

      Nie potrafię jednak ocenić tej książki wysoko z jednego względu. Przeczytałam gdzieś, że "Wyspa" jest po prostu monotonna. Zgadzam się z tym. Wszystko, co zdarza się w życiu wioski i wyspy trędowatych, zdaje się być właśnie tym, co powinno nadejść, mimo że czasem są to sytuacje tragiczne. Ale nie ma takiej tragedii, której nie dałoby się przeżyć (bo i z niej wynika coś dobrego), nie ma postaci naprawdę negatywnych, bo każde zachowanie ma swoje usprawiedliwienie, a autorka potrafi kilka razy wyjaśniać czytelnikowi motywy postępowania bohaterów. Po którymś razie zaczęłam się zastanawiać, czy może naprawdę niektórzy czytelnicy potrzebują mieć wprost napisane, że dany bohater zachował się tak i tak, ponieważ czuł się tak i tak, a czuł się właśnie tak, bo ktoś inny zrobił coś w taki, a nie inny sposób.

      Chyba najbardziej podobały mi się w "Wyspie" opisy zarówno normalnego życia na Spinalondze i w Place, jak i obyczajów Kreteńczyków pierwszej połowy dwudziestego wieku. Ze stworzeniem tła do rozgrywających się wydarzeń moim zdaniem autorka poradziła sobie najlepiej. Mimo wszystko dobrze się tę książkę czyta i dobrze było ją przeczytać, choćby ze względu na uświadomienie sobie, jak łatwo potrafimy czasem oceniać, klasyfikować bez rzetelnego poznania sytuacji, a nawet zwłaszcza wtedy, kiedy nasza znajmość problemu jest niewielka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Słodko, ale nie tylko :)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      morsia
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 lipca 2011 01:44

Kalendarz

Czerwiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Kanał informacyjny

CANDY

WYMIANKI

O nas
Sporo nas łączy - Deep Purple, haft krzyżykowy, książki, krzyżówki, kawa, gotowanie - i tak dalej, i tak dalej... Gillanek jest bardziej twórcza, Morsia bardziej uparta w swoich pomysłach. Ale jakoś się dogadujemy. ;)

Kontakt z nami:
Morsia: morsiab(@)gmail.com
Gillanek: gillanek19.08(@)gmail.com

my


Darmowy licznik odwiedzin


Blogi, na które zaglądamy:

Brzydula
Codzienne życie
Drobiazgi Maknety
En in Tokyo
Gabrysiowe rękodzieło
Hafciki Marty
Haftomania Sebastiana
Haftowane prezenty
Haftowanki-cuda-wianki
Haftowanki Katarzyny
Haftowany blog
Hafty Beaty
It is what I like
Ja kobieta
Kasmatka
Klub szalonych robótek
Kolorowa mulinka
Kolorowe chwile
Koraliki Agi
Krzyżyki i nadmorskie klimaty
Krzyżykowe hobby
Krzyżykownia
Krzyżykowy świat Ewy
Love goes like...
Małe co nieco
Maniak zakupowo-haftowy
Mój świat i hafty
Myśli krzyżykiem pisane
Na przekór nudzie
Pagatkowy blog
Przystanek Kłodzko 3
Roboty ręczne
Robótki babci Vilemoo
Robótki Maleństwa
Robótki myślami pisane
Robótki Renuli
Robótkowa kraina Oli
Robótkowe klimaty
Robótkowe szaleństwa
Sabinkowe czytanie, w obłokach bujanie
Sabinkowe krzyżyki, papiery i nitki
Szafirowy zakątek
Szydełkiem przez duszę i inne katusze
Tin-Tin
W miękkich kapciach
W Pieguchowie
Wynalazki wolnego czasu
Yumi
Zacisze moje
Zielona Czarownica
Życie krzyżykiem przerywane

Źródło szablonu:

Fondos Sholy